|
Ewa Krowiak-Henry porusza tematy,
które określa się je mianem: "drażliwe". Robi to z ogniem.
Świetna obserwatorka (cóż za oklepane stwierdzenie, ale w jej wypadku
nader prawdziwe) - pomyślałem pół roku temu, gdy pierwszy raz zetknąłem
się z jej tekstem "Okrakiem". Przy kolejnym - "Przystanek Buffalo" -
wyczuwałem (niemal dosłownie) zapach poczekalni, który w Buffalo zapewne
nie odbiega od norm znanych nam z polskich dworców (nie wiem jak jest na
kieleckim, bo w Kielcach dworzec autobusowy w nocy jest dla podróżnych
zamknięty - przekonałem się o tym niedawno). "Grube baby a estetyka
gwałtu", "Nóżki po chińsku" oraz "Wszystkie chłopy to..." ...to teksty,
które - gdyby to ode mnie zależało - chętnie wrzuciłbym na listę lektur
obowiązkowych. Do tego dodałbym świetny tekst "Kto się boi Spinelli".
Dlaczego to zrobiłbym? Trudno to wyjaśnić w kilku zdaniach; powiem tylko,
że przemyślenie zawartych tam wątków, zmienia perspektywę patrzenia na
kilka ważnych kwestii naszego "bycia we współczesności".
Z wieloma poglądami Autorki zgadzam się i podpisuję obiema rękami; (jako
facet) tylko z kilkoma nie zgadzam się, ale przyjmuję do wiadomości, że
inny pogląd również istnieje. Ewa Krowiak-Henry nie zabrania facetom mieć
innego zdaniach; swoich opinii nie narzuca, lecz klarownie przedstawia
(bez łopatologii, bez zbędnego lawirowania i bez moralizowania).
Teraz nasuwa mi się stwierdzenie, że "Ona rozmawia". Może to brzmieć
absurdalnie, bo przecież czytelnik nie ma szans ani na zadawanie pytań,
ani na odpowiadanie, ale - mimo wszystko - będę się upierał: jej felietony
nazwałbym "rozmową". Teraz kontynuuję tok skojarzeń: rozmowa - dialog,
dialog - partnerstwo.... W ten sposób dochodzę do sedna: ona traktuje
facetów "po partnersku" - rozmawia.
W zbiorku znajdują się również "lżejsze" teksty: wspomnienia z
dzieciństwa, notatki z obserwacji współczesnego życia oraz uwagi na temat
drobnych i na pozór nieistotnych spraw. To wszystko jest przyszpilone
precyzyjnymi słowami i ukazane w taki sposób, że odruchowo sami zaczynamy
baczniej przypatrywać się niepozornym rzeczom i drobnym faktom w naszym
otoczeniu, i uzmysławiać sobie, że... Hmmm.... każdy sam dojdzie do
własnych wniosków. Mam zaufanie do czytelników; wiem, że nie trzeba
prowadzić ich za rączkę i niczego podpowiadać, a tym bardziej - narzucać.
Generalnie rzecz ujmując: To się czyta! Czyta się i treść felietonów nie
spływają po człowieku jak po kaczce. To nie jest "zabawa" słowami.
Podkreślam to ostatnie, bo w wielu felietonach innych autorów i autorek
wyczuwam jedynie takową "zabawę" ocierającą się o nijakość, wpadającą w
miałkość i przeradzającą się w pustakowatość pseudofilozofowania. |
|
|
W ubiegłym
miesiącu po raz kolejny runęły wieże WTC. Po raz kolejny prezydent
demokratycznego świata chwycił się za serce o 8:45. A my wraz z nim. Po
raz kolejny zapaliliśmy świece i napisaliśmy wspomnienia. Wyraziliśmy swój
protest, że takich rzeczy się nie robi - tak się ludzi nie zabija.
Znów było widowisko. Po raz kolejny w dziennikach
ukazały się animowane plansze przy tada - da - da - dam stosownej muzyce.
A wielu z nas po raz kolejny padło ofiarami widowiskowości całego
przedsięwzięcia pod tytułem September Eleven Show. Widowisko miało
wszystko co potrzeba, by odnieść sukces. Przepiękny wrześniowy dzień,
niepowtarzalne miejsce - w końcu, jak wielu nazywało WTC - najlepszy adres
na świecie. Uczestnicy przedstawienia młodzi, piękni, zorientowani na
sukces. I jeszcze rekwizyty - dwie wieże - potężne w swej arogancji.
Aroganckie we wszystkim co symbolizowały - pieniądze, władzę i sukces.
11 września 2001 górujące nad światem wieże z chromu, szkła i pieniędzy
padły - jak domki z kart.
Wszystko, co wydarzyło się potem, było w mediach starannie
wyreżyserowanym przedstawieniem. Już po kilku godzinach od ataku wszystkie
stacje telewizyjne miały stosowne plansze, animacje i muzykę. Na takim tle
malowane buzie powtarzały wystudiowane i zatwierdzone odgórnie słowa -
klucze: "heinous crime", "we are strong", "faceless
cowards", "selfless heroes", "we are united", "american
way of life", "terror", "democracy". A w międzyczasie
przeskok kamery do ogarniętego chaosem Ground Zero, gdzie śliczne
blondynki przysypane popiołem zastygły z głowami uniesionymi w górę, z
niedowierzaniem w oczach, że 220 pięter stali i betonu obróciło się w
gruz. Młodzi biznesmeni w zakrwawionych białych koszulach, z zamilkłymi
nagle telefonami komórkowymi. Umiejętne kierowanie kamer na bardziej
atrakcyjnych. W oczach milionów na całym świecie, zastygłych przed
telewizorami, to samo niedowierzanie. Bunt. Za co zabito ludzi w Nowym
Jorku?! Nazajutrz zapaliliśmy świece w oknach.
W tym samym czasie na świecie straciło życie dziesiątki tysięcy ludzi -
od bomb, głodu, min zakopanych w ziemi, ofiar terroru, totalitaryzmu,
dominacji potężnych korporacji.
Nie przerywamy obiadu, kiedy słyszymy w dzienniku, że w Bejrucie,
Palestynie, Iraku, Afganistanie, Kambodży, Nigerii, Angoli, dziesiątki,
setki, tysiące... Nie ma dla nich świeczek, muzyki, animowanych plansz.
Szybka wzmianka, że głód, że trzęsienie ziemi, że bomba w autobusie. Im
szybsza, tym lepiej da się do zrozumienia, że te fakty, ci ludzie, nie
mają nic wspólnego z naszą sytuacją.
Lepiej skoncentrować się na NASZYCH ofiarach, na NASZYM patriotyzmie,
naszej... już wiedzieliśmy, że następnym hasłem będzie "wojna",
niekoniecznie jednak określona takim terminem.
Natychmiast bardzo dobrze zaczęły się sprzedawać amerykańskie flagi.
Reklamowano breloczki do kluczy, podkładki pod talerze, talerze - wszystko
z gwiaździstym sztandarem i wszystko to dla zaakcentowania solidarności z
ofiarami 9/11. Tematyka bohaterska z płonącymi wieżami w tle dominowała w
sklepach z pamiątkami.
Każdemu przedsięwzięciu w Hollywood towarzyszy machina marketingowa
rozpowszechniająca tematyczne gadżety. Miał je również September Eleven.
Jeśli o czymś głośno, szumnie i z pompą, to znaczy, że to dużo
istotniejsze, niż to co na trzecich stronach gazet i drobnym drukiem.
Arogancko przemilczy się własne niedociągnięcia i tłustym drukiem będzie
nawoływać do solidarności, bo wiadomo: "Kto nie z nami, ten przeciw nam".
Więc deklarujemy solidarność z arogancją, w przeciwnym razie ryzykujemy
jak Susan Sontag, która wyrwała się z tłumu celuloidowych głów z ekranów,
kwestionując politykę Białego Domu na długo przed i natychmiast po atakach
na World Trade Center. Wydawałoby się, że wszyscy zakrzykną: "Wreszcie!
Wreszcie ktoś zadał pytanie: "Dlaczego?" Być może teraz gładkie buzie na
ekranach stracą swój okolicznościowo - zbolały - lecz - patriotyczny wyraz
twarzy".
Nazajutrz okrzyknięto Sontag komunistką i zdrajczynią.
Albo ryzykujemy obnażenie własnej ignorancji. A przecież podobno tak
wiele wiemy o świecie. Jeszcze nigdy ludzkość nie miała takiego dostępu do
informacji. Kiedyś trzeba było grzebać w encyklopediach, atlasach,
leksykonach albo po prostu nie było możliwości, żeby się czegoś
dowiedzieć. Dziś wystarczy wklepać kilka słów w klawiaturę i znamy -
położenie, powierzchnię, ustrój panujący, ustrój pożądany, wydobycie i
spożycie. Pewnie dlatego wydaje nam się, że nie wypada się przyznać, że
tak naprawdę informacja nie jest wiedzą. A wiedzy daleko do mądrości.
Żyjemy w kulturze obrazkowej. Do większości z nas bardziej przemawiają
animowane plansze z dramatyczną muzyką niż wzmianka w dzienniku, że atak
bombowy w Iraku spowodował śmierć trzydziestu osób. Być może dlatego
wydaje nam się, że tych trzydzieścioro to "naturalne" ofiary wojny. Głodu.
Epidemii. Być może "oni tam" bardziej przyzwyczajeni są do śmierci. Na
Manhattanie nie umiera się codziennie od samolotów spadających z nieba.
Biedakom w Zairze umarło już sześcioro dzieci, śmierć siódmego nie powinna
im zrobić różnicy.
A może po prostu z nowojorskimi wieżami zawaliło się nasze poczucie w
wiary w stałość tego świata? W Zairze i Afganistanie umierali od zawsze. W
Nowym Jorku nie. Grunt usuwa nam się pod nogami. Nasz świat jest jak
samolot, który wpadł w turbulencję. Plastikowe twarze w newsach, jak
stewardesy wszechświata - zamieramy ze wzrokiem w nie utkwionym; dopóki z
urzędowym uśmiechem wykonują rutynowe czynności czujemy, że jeszcze nie
spadamy. Stało się tam, może się stać i u nas. Bo w końcu my też jesteśmy
MY.
Czemu ja teraz o September Eleven, wszak wszystko napisano już w zeszłym
miesiącu, i w zeszłym roku, i rok przed? Bo gwałtownie przyszło mi
zweryfikować pojęcie Ameryki Zjednoczonej. Ameryki Silnej i Ameryki
Protektorki swych Obywateli.
W 2001 Susan Sontag zirytowana postawą prezydenta Busha, napisała w swym
słynnym eseju w New Yorkerze: "Dobrze wiemy, że Ameryka jest silna. Ale to
nie jest wszystko, czym Ameryka być powinna".
Huragan i powódź w Nowym Orleanie zmiotły więcej ofiar niż September
Eleven. Razem z wodą pochłonęła ich arogancja systemu. Pominięto ich, jak
nieszczęśników w Azji czy Afryce. Nie stanowią lokaty kapitału dla
wszechwładnej Arogancji. Nie pracują na image kraju sukcesu. Nie będzie
figurynki otyłej Murzynki w rozwleczonym t-shircie, niosącej swe niemowlę
w wodzie po szyję. Nie będzie widokówek z zawalonymi slumsami Nowego
Orleanu. Spóźniono się z planszami. Prezydent trochę za późno zorientował
się, że trzeba chwycić się za serce.
Odbuduje się wieże z chromu i szkła. Obok, jeszcze długo, przepływać będą
napuchnięte od wody trupy.
|
|